FB
link
link
link
link
link

Na tę wycieczkę, jak być może wiecie polowałam jakiś czas. To znaczy zaczęło się w ogóle od tego, że postanowiłam za radami znajomych spróbować wyjazdu z biurem podróży zamiast samodzielnie zaplanowanego. W ten sposób na wyjeździe byłam w życiu tylko jeden raz, gdy pewna marka modowa zabrała mnie na Teneryfę na sesję zdjęciową, gdzie następnie spędziliśmy z Łukaszem cały cudowny tydzień. Więc wspominałam to w sumie dobrze:) Potem planowałam już wypady na własną rękę, by było taniej, bo my nie potrzebujemy all inclusive i wszystkiego podanego na tacy, a na pewno nas na to nie stać;). Poza tym jakoś tak mocno się tym zajarałam i wychodziło całkiem spoko, opisy oczywiście w zdecydowanej większości są na blogu (KLIK). Ale po ostatnim powrocie z Korfu (mamo jak było pięeeeeeknie, relacja tu KLIK) chcąc jechać gdzieś znowu zerknęłam na porównywarki ofert biur podróży.  Dość długo je przeglądałam, nie mogąc uwierzyć, jak bardzo te propozycje są atrakcyjne cenowo! Próbowałam więc zarezerwować wycieczki kilka razy, jednak bezskutecznie, cały czas coś właśnie wykupiono, albo wylot z innego miasta, albo pomyłka cenowa na stronie itd, itp. To powinno mnie było uczulić ale… 😉 Gdy mi się w końcu udało zarezerwować i zapłacić za atrakcyjną ofertę, w połowie pakowania okazało się, że nadal nie do końca wycieczkę kupiłam hehe. Czyli nie jest jednak tak kolorowo, jak mi się wydawało. Ponieważ szczegółowo dość pisałam o tej sytuacji na bieżąco na moim fanpage, zacytuję tutaj ten tekst, by nie pisać go już ponownie:

Co zabawne, na moim instagramie, gdzie ten wpis równocześnie zamieściłam, pośrednik napisał komentarz i… nie przeprosił (bynajmniej), lecz “pospieszył z wyjaśnieniem”. Skomentował też w bardzo luzacki sposób, że jeśli jeszcze w czymś może pomóc przy “upolowaniu lasta” to poleca się! Naprawdę? Zobaczcie sobie kilka screenów z historiami ludzi na różnych forach, gdy zaczęłam szukać, czy to tylko ja mam taki niefarcik. Ale nie, nie tylko ja. A to część tego na co się natknęłam:


Postanowiłam więc tę samą wycieczkę kupić bezpośrednio przez Rainbow, bo po publikacji tego wpisu dowiedziałam się od Was, że np. czasem, nawet jeśli nie po dopłaceniu przy rezerwacji może okazać się, że przyjeżdżasz na miejsce i zamiast pokoju “dwójka” masz jedyneczkę i jak nie chcesz spać z koleżanką w jednym łóżku to do dwójki musisz dopłacić drugie tyle. Że dopłata nie kończy się na rezerwacji, że zmian i niespodzianek bywa całkiem sporo! To nie jest fajne, wygodne i zdecydowanie nie jest fair. Nawet dla osoby takiej jak ja, nie zmuszonej do planowania urlopu w konkretnych dniach podobna sytuacja jest co najmniej mocno niekomfortowa, co dopiero, gdy ktoś rzeczywiście ma tylko dwa tygodnie wolnego!

Takich historii w internecie jest mnóstwo, toteż zdecydowałam że pośrednikom i ich “usługom” mówię stanowcze nie! Postanowiłam jednak nie rezygnować z przetestowania wyjazdu z biurem podróży, bo jak skalkulowałam, to nadal było całkiem opłacalne względem moich wcześniejszych wyjazdów, podobne cenowo, albo minimalnie taniej przy porównywaniu np. konieczności wynajmu samochodu przy wyjeździe na własna rękę, ubezpieczenia itp. Chciałam więc sprawdzić, przy okazji nie rezerwujac wycieczki w firmie “Krzak” a takiej bardzo rozpoznawalnej. Tę samą wycieczkę, którą “wykupiłam” wcześniej przez pośrednika na stronie biura podróży kupiłam za 2100 na 8 dni (przy czym – zobaczycie po zdjęciach z relacji pełnych dni było hmm… sześć, jeśli wliczyć dzień na pół spędzony na pakowaniu, było w sumie niepełne siedem nocy). Przy wyborze miejsc w samolocie doszła jeszcze stówka, więc finalnie za 3 osoby wyszło nam 2200: ubezpieczenie,  lot z transportem do i z hotelu i pobyt.  I tak na miejscu okazało się, że moja rezerwacja jest jedną z tańszych, 733 zł za osobę. Spoko, nie? Zważywszy, że to sam szczyt sezonu, a ja teoretycznie nie muszę się stresować, ze wszystko na mojej głowie, co wiadomo było dla mnie zawsze sporym obciążeniem.

Sama Riwiera Olimpijska to ciekawe miejsce, choć jak się potem okazało – bez samochodu niespecjalnie tam pozwiedzasz. Wszyscy są mobilni, jest mnóstwo aut, ale… greckich. Bo Riwiera, zwana przez Greków “Paralią” to ich miejsce do wypoczynku. Poza kilkoma siedliskami biur podróży dla Polaków i Czechów byli tam naprawdę sami Grecy. To 70 km plaży, miejscami brzydszej lub ładniejszej, zakładam się, że nie byliśmy w najlepszym możliwym fragmencie ale narzekać też nie mogę:)  Na kilka kilometrów parę tawern, ze 2-3 sklepy, apteka, co ok 10 km bankomat hehe. Dobrze, że wszędzie i za prawie wszystko mogliśmy zapłacić kartą! Asfaltowa droga mająca po jednej stronie plażę, po drugiej ciąg domków i działek, a za nimi wysokie góry i majaczący w tle Olimp.

Pozostaje jeszcze ta wspomniana wyżej kwestia dni – bo 8 dni od 30 do 7go to jeden dzień spędzony w rozwleczonej niemiłosiernie podróży “do”, a ostatnia noc w połowie zarwana i tego ósmego dnia od 11 rano byliśmy już w Warszawie… Więc troszkę to naciągane 8 dni. Nasza podróż zaczęła się 30. 06. o 10:05 czasu polskiego, gdy ustawiliśmy się w kolejce do odprawy, o 12:05 siedzieliśmy już upakowani w samolot, który miał godzinne opóźnienie w starcie. Wylecieliśmy więc ok. 13, a na miejscu byliśmy ok. 16 (lot 2h, ale godzinna zmiana czasu w Grecji). Następnie po zapakowaniu nas do autokaru powiedziano nam, że jedziemy 2,5 godziny (Google Maps pokazywało nam 1,5 więc te 2,5 nas zaskoczyły), które przerodziły się w… 4,5, bowiem po drodze miało miejsce rozpakowywanie pasażerów do kolejnych pensjonatów, a nasz był na końcu… Na miejscu byliśmy więc grubo po 21. Gdybyśmy chcieli dostać sie tam sami cała nasza podróz trwałaby co najmniej o połowę krócej, to jest własnie to doświadczenie, które chciałam nabyć haha:)

Wyjazd zaś odbywał się 7go lipca. O godz… 3:25 w nocy musieliśmy być spakowani i oczekiwać na autokar. Finalnie w Warszawie byliśmy o 11, mi w życiu tak nogi nie spuchły jak przy tej podróży, dramat. Także był to na pewno duży dyskomfort, jak i “naciągnięcie” tych 8 dni, bo de facto było ich 6, a szósty spędziliśmy i tak na głowieniu się, jak się spakować do roztrzaskanych waliz…;)

Kilka podstawowych faktów: Koszt wycieczki bez wyżywienia – w sumie 2200 zł za 3 osoby (2 dorosłych i dziecko 5l.).

  • Sezon – od 30 czerwca do 7 lipca, więc szczyt sezonu
  • Ubezpieczenie – tym razem chłopcy mieli tylko podstawowe ubezpieczenie podróżne z wycieczki (uważam, że to błąd, ze nie wzięłam rozszerzonego, choć Łukasz wcale tak nie myśli), ja znowu wykupiłam sobie ubezpieczenie dla osób z chorobami przewlekłymi, bo tak muszę:/ tym razem chyba w Generali. Tak jak pisałam w poprzednim poście chciałabym już od teraz kupić jakieś roczne ubezpieczenie, ale nadal nie mam przecież pewności, że będę gdzieś jeździć…:) Muszę też odświeżyć EKUZ, który jak dopiero parę dni temu zauważyłam stracił ważność pod koniec lutego b.r. – ehh. Nie wiedziałam, że jest wydawany tylko na rok!
  • Tani lot – w cenie wycieczki. Przelot obsługiwała firma Travelplanet, lecieliśmy liniami SmartWings, tymi samymi co w lutym 2017 na Teneryfę. Trzęsło jak złe, więc jestem zdania że może to być kwestia maszyn, które już od samego startu wpadały w wibracje i w ogóle było niemiło, bo loty do Grecji Ryanairem wspominam raczej ok, choć wszystkie i tak na tabsach. Obsługa SmartWings fajna, kubeczek wody na dzień dobry hahah, ale jednak bałam się  bardziej niż w Ryanie (aaa wiem, jestem świrem ale na miejscu ludzi lecących z Dublina do Zadaru lotem z ostatniego piątku wykitowałabym na zawał) jeszcze dodatkowo leciał z nami jakiś pan, który straszył swoja żonę i dzieci że tego samolotu nie powinno się dopuścić do lotu i wykrzykiwał to dosyć głośno… no dla mnie warunki niekoniecznie komfortowe, jestem tchórzem lotniczym jak siemasz. Heh. Spore opóźnienia w wylocie, ponad godzina chyba, a po przylocie do Salonik okazało się, że kompletnie zniszczono nam walizki. Dramat. Na miejscu w dziale “lost&found” sporządziliśmy pobieżny raport zniszczeń, a że jak dowiedzieliśmy się na lotnisku nie ma usługi foliowania bagażu zastanawialiśmy się w co spakujemy się na powrót. Rainbow obiecywało nam pomoc, pani rezydentka była bardzo sympatyczna. Na początku (drugiego dnia) prosiliśmy, by może kupiła nam nowe walizki w Larissie, do której się wybierała, a jak nie to chociaż ten stretch (oczywiście za nasze pieniądze). Przypominaliśmy się parę razy (w naszej miejscowości nie było bankomatu – najbliższy 3,5 km – podobno i tak zazwyczaj “pusty” a w taki upał nie sposób było nawet do niego dotrzeć, więc co dopiero mówić o walizkach!) i dopiero gdy przypomnieliśmy się ostatniego dnia dostaliśmy 4 m folii bąbelkowej i taśmę klejącą. Ehh.
  • Lot powrotny także opóźniony, też trzęsło, ale obsługa była super miła i profesjonalna.
  • Samochód – no i właśnie. Bo kalkulując cenę wycieczki myślałam sobie: nie ma potrzeby wynajmować samochodu, z lotniska dowiozą nas na miejsce. To przed wyjazdem świadczyło na plus tej całej wyprawy i to wydawało mi się opłacalne, no bo przecież jedziemy w ładne miejsce, ważne,  żeby się tam dostać. Zazwyczaj cenę wyjazdu powiększał spory koszt wynajęcia samochodu i paliwo, w Grecji drogie. I owszem, wiedzieliśmy, ze będziemy na miejscu siedzieć na tyłkach, ale przecież zawsze jest jakaś opcja, jakiś autobus… Otóż o autobusie będzie niżej, tymczasem już drugiego (pierwszego?) dnia wiedzieliśmy, że nie chcemy spędzić tygodnia w promieniu tego 1 km (zwłaszcza, że w sobotnią noc, w którą przyjechaliśmy Riwiera wypełniła się głośnymi imprezami i baliśmy się, że będzie tak cały wyjazd, na szczęście w tygodniu było już spokojnie). Dzwoniliśmy więc do rezydentki, by zapytać się, jak wygląda wypożyczenie auta – świadomie i celowo zrezygnowałam z wypożyczenia go po przylocie w Salonikach będąc przekonaną, że “w razie co” na pewno będzie w Larissie. Na początku poddano nam cenę 35 eur za 1 dzień plus 20 eur za podstawienie i kolejne 20 za odbiór auta (z i do Larissy). Bilet autobusowy do Larissy podobno ok 8 eur w jedna stronę więc ewentualnie można samemu podjechać. To było dla nas ok, byliśmy też zdesperowani… Jednak po sprawdzeniu w pn okazało się, że od lipca ceny skoczyły i dzień wynajmu to 50 eur, przy czym ceny paliwa – pamiętajmy – wyższe niż u nas bo ok 1,709 eur za litr (czyli około 7,4 zł za litr a w PL około 5 zł hehe). 
  • Komunikacja miejska – jeden autobus, który kursował dosyć rzadko, jak się okazało bilet w jedną stronę to było 11 eur, pomnóżmy to x 3 osoby a potem dodajmy powrót i… zrezygnujmy:).
  • Mieszkanie – Na początku się popłakałam i byłam zła na siebie bardzo. Nie wiem jak duży wpływ miał na to stres związany z niespodziewanie zbyt długą podróżą i zniszczeniem naszego bagażu oraz ceny w sklepiku sąsiadującym z domem i dość odludne położenie, ale jednak w towarzystwie kilku bardzo hucznych tawern… Ale nazajutrz, a już w pn (gdy Riwiera nieco opustoszała z przybyłych na weekend Greków) w ogóle doszłam do wniosku, że jest ok. Szeregowe domki ciasne, ale własne. Było na swój sposób uroczo i raczej czysto, choć warunki były baardzo podstawowe. Sympatyczny właściciel przez umowę z dużą firmą niewiele miał zysku z wynajmu, a szkoda. W domkach najfajniejsze było towarzystwo, poznaliśmy parę wspaniałych dziewczyn z Warszawy i dzięki nim ten wyjazd dostał jedną, ale wielką niespodziewaną gwiazdkę więcej. Przedostatniego dnia obok nas wprowadziła się niestety bardzo głośna, czeska rodzina z dzieckiem niewiele większym od Maksa, i jak uwielbiam Czechów to tamci nie należą niestety do tej fajnej całości hehe. Ukoronowaniem ich obecności było rozwieszenie gaci po przyjściu z plaży na bardzo ładnym ciągu krzesełek pod niebieską ścianą, podczas gdy każdy pokój/weranda były wyposażone w suszarkę do ubrań…
  • Jedzenie i zakupy – pierwszego wieczora, gdy podeszliśmy do sklepu obok naszego mieszkania przeraziliśmy się. Masło kosztowało nas chyba 17 złotych. To było najdroższe masło w moim życiu hehe. Mieliśmy wprawdzie trochę jedzenia, które spakowałam ze sobą, ale i tak nie byliśmy zbytnio szczęśliwi, bo zazwyczaj w Grecji zaopatrywaliśmy się w Lidlu lub Diellas czy innym dyskoncie. Tu mleko – 7-8 złotych. Smutek:/ Na szczęście kolejnego dnia znaleźliśmy nieco oddalony, ale zdecydowanie tańszy market z normalnymi nawet jak na PL cenami, więc uff. Za to wino było bardzo tanie wszędzie:D
  • Język i podstawowe porozumiewanie się – na wakacje przyjeżdzali tam głównie Grecy, ale mimo tego większość osób mówiła swobodnie po angielsku. Nasz gospodarz mówił nawet nieco po … polsku;)
  • Miejsca, które odwiedziliśmy– Velika, Agiokampos, Port. Czyli z wielkim wysiłkiem w pocie czoła i z dzieckiem na barana promień 3km haha:)
  • Pogoda – pierwszy raz byłam w kraju śródziemnomorskim w sezonie. Jestem zdania, że mogłabym tam żyć:D Idealnie gorąco, no może poza faktem, że Maksiulek, z którym byliśmy męczył  się przy spacerze w takim upale i nie udało nam się zawędrować w żadne dalsze miejsce…:) Do plażowania nie można wyobrazić sobie lepszej pogody. Poza tym – podobno masyw górski zapobiega przedostawaniu się chmur nad Paralię, więc słoneczna pogoda jest tam gwarantowana, jednak kilka dni wcześniej były tam gigantyczne ulewy – porobione są sztucznie uregulowane odpływy dla wody z gór a kiedyś ponoć zdarzały się tam podtopienia…:O

 

Dzień 1. (WYLOT Z WARSZAWY – zbiórka o 10, wylot opóźniony o 13, w Grecji o 16, na miejscu ok 21…:/)

Wylot. Zbiórka na okęciu o 10:05, nasz lot planowo miał odbyć się o 12:05, jednak miał okołogodzinne opóźnienie…

Pomimo wielu kolejek, długiego czasu oczekiwania i posępnego towarzystwa chłopaki byli w świetnych humorach:)

Widok na Olimp z autokaru. Po odprawach, kolejkach, opóźnieniu i dwugodzinnym locie ponad czterogodzinna podróż autokarem. Maks przeszedł wszystkie stadia znudzenia i zniecierpliwienia, jednak on grzeczniutki jest i było w miarę ok:)

Pierwszej nocy do snu zaprosił nas czerwony księżyc. Wow, trochę było to nierealne. Niestety nie mamy świetnego zdjęcia, pewnie takie można było zrobić, ale po prawie dwunastogodzinnej podróży jedyne o czym marzyliśmy to paść na twarz gdziekolwiek hehe.

 

Dzień 2. (PIERWSZY)

Pierwszego dnia (drugiego w sumie heh…) wybrałam się po południu sama do portu na końcu Riwiery. Czy po prawej widzicie żółwie jajka?

“Pogotowie Arbuzowe”, port

Dużo rybek

 

Dzień 3. (DRUGI)

Nasze greckie sąsiadki zauważyły słusznie, że jesteśmy “profesjonalnymi turystami”. Co poradzic, kocham te dmuchane zabawki, 15-30 zł w Biedronce i Maksymilian piszczy z zachwytu. Zresztą sama też kocham pływać na materacu…

Wszyscy, ale dosłownie wszyscy mają tam okulary do patrzenia pod wodą. To jest ekstra:D

A po plaży mały spacer po uliczkach porozdzielanych mniejszymi i większymi posesjami. Mnóstwo nietoperzy i sady jabłkowe, szukaliśmy podejścia do gór, ale w dzień było za gorąco, w nocy – za ciemno już;)

 

Dzień 4. (TRZECI)

Nasz pokój – ja mentalnie cały czas jestem studentem więc fajnie hehe, po prawej – rozkład jazdy i cennik autobusów KTEL do Veliki.

Mostek na odpływie wody deszczowej z gór. Wybraliśmy się na spacer, jednak przeszliśmy maksymalnie kilometr i dzieciaka trzeba było nieść z powrotem na rękach. Rozpływaliśmy się, dosłownie.

Więc woda to najlepsza opcja.

Poszliśmy też skorzystać z kawy i parasoli, ale akrat popsuł sie automat, więc skorzystaliśmy z parasoli haha:)

Nasze lokum; to w sumie bardzo wygodne mieć plażę po drugiej stronie ulicy…:) Choć troszkę nudne pewnie, a i możliwości na foty niewiele przy giga upale;)

Widok sprzed i na nasze lokum – obok tawerna i sklep:) Psy (jeden widnieje na zdjęciu jeśli się przyjrzeć) były bardzo kochane, ale i mocno natarczywe, był przykaz aby ich nie karmić, biedaki:(

No wiec tak spędzaliśmy głównie czas:D I też spoko haha:)

Był moment każdego wieczora, podczas którego horyzont się zacierał, a świat wyglądał jak wnętrze kucyka pony.

I wtedy zaczynały wychodzić zaczarowane zwierzątka. Ja na szczęście mam już swojego ksiecia hehe.

 

 

Dzień 5. (CZWARTY)

Selfie time! Top – H&M. Wpis z tą stylówką – KLIK

Po raz pierwszy miałam miejsce w walizce, żeby spakować ten piękny ręcznik od Tommy’ego Hilfigera… Niestety poplamił się okrutnie na zardzewiałej suszarce i musiałam się z nim po tej podróży pożegnać:((( Muuu

Tego dnia wybraliśmy się do portu wspólnie, bo widziałam tam bardzo różnorodne rybeły.

 

Dzień 6. (PIĄTY)

Jak widać byliśmy dobrzy w plażingu – niejako z przymusu – to mój pierwszy w życiu tak długi czas spędzony na plaży:D

Na wyjazd zabrałam sukienkę H&M z supłem, w której byłam na prezentacji atomówkowych torebek Sabriny Pilewicz. Towarzyszył mi też tkany plecak z Reserved – jest super, ale strasznie drapie gołe, spocone plecy hehe:D

Tego dnia już popołudnie było lekko chłodniejsze i udało nam się wyjść na spacer wcześniej, znaleźliśmy podejście na górę. Było dużo bliżej, niż to wcześniej opisywały nam rezydentki…:/

Podejście pod górę. Bardzo fajnie było móc gdzieś się przejść, wcześniej nie pozwalał nam na to morderczy upał!

Widoczek z górki.

A to gość, który czekał na nas po powrocie do lokum. Niestety po delikatnym złapaniu i wyniesieniu na trawę zgubił ogon:(

 

Dzień 7. (SZÓSTY – pakowanie)

Maks w stylówce z Timberlanda. A gumy Turbo z tatuażami kupowane w sklepikach to była podstawa tego wyjazdu. Profeska!

“Jak tata”.

Ostatni dzień to już stres związany z pakowaniem i próbami jakiegoś podklejenia naszych waliz. Koniec końców tę najbardziej połamaną wyrzuciliśmy. Ciekawe czy dostaniemy odszkodowanie z Travelservice…:/ Dobrze, ze się zorientowałam i ostatniego dnia wysłałam reklamację, bo nikt nam nie powiedział, że powinniśmy to zrobić – myśleliśmy, ze wystarczy zrobić “damageraport” i zgłosić to do Rainbow…:O Po prawej – godzina naszego wylotu :/ “Możliwe zmiany w ostatniej chwili”…;)

Opaliliśmy się błyskawicznie; chłopaki mają ciemną karnację, ja mam taką umiarkowaną. Chciałam powiedzieć, że było smarowane filtrem 50 praktycznie na okrągło, bo słońce ponoć bardziej szkodzi niż szlugi! Niestety pierwsza emulsja skończyła nam się w połowie wyjazdu, druga – jak się okazało była z jakimś “przyspieszaczem opalania” i raczej szkodziła, niż pomagała, bo poparzyłam sobie przez nią plecy. Na miejscu można było w 99% miejsc kupić kosmetyki… stojące a stojakach na słońcu w tym upale. Podczas gdy przecież zachowują one swoje właściwości wtedy, gdy trzyma się je w temp. nie wyższej niż 25 stopni… :/ W końcu znalazłam sklep gdzie kosmetyki stały we wnętrzu, na szczęście…

 

Dzień 8. (Zbiórka o 3:25, na lotnisku ok 7:30, opóźniony wylot o ok. 10, 11:00 – przylot do Warszawy)

Dzień ostatni to wyjazd o 3:25, czyli wstaliśmy jakoś koło 3… potem kilkugodzinny przejazd autokarem (w nocy przez góry) i zbieranie ludzi z okolicznych pensjonatów. Na ostatnim przystanku około 1,5 godziny od Salonik trafiła nam się “księżniczka” – turystka z mężem i dwójką dzieci tak nieuprzejma, że aż się we mnie zagotowało. Pańcia obrażona na każdego plebejusza, z którym musi się telepać tym autokarem, w stosunku do plebejuszy owych nie musi używać słów typu przepraszam, czy proszę, no dramat. Naprawdę klimat takiego wyjazdu zależy od tego, na kogo trafisz, bo te 1,5 godziny było tragiczne, zwłaszcza, że wyfiokowana mamunia moją prośbę, by nie stawiać bagażu na stoliku olała (w pierwszą stronę plecak współpasażerki zsunął się przy nagłym hamowaniu i uderzył Maksa) i przez całą trzymała swoje torbiszcze paluszkiem, praktycznie naprzeciw mojego syna:/

A to już Saloniki. W Warszawie byliśmy około godziny 11, ze względu na ponowne opóźnienie samolotu.


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.