FB
link
link
link
link
link

Kilka podstawowych faktów:

  • Sezon – tu chyba sezon trwa cały rok! Byliśmy od 24 do 28 października a ludzi było mnóstwo.
  • Ubezpieczenie – klasycznie, znowu AXA jak w przypadku innych wyjazdów, szukałam w necie przez Rankomat (to nie jest reklama;)), tym razem znowu nie było na szczęście potrzeby z niego korzystać.
  • Tani lot – za dwa bilety w dwie strony Ryanairem zapłaciliśmy… 174 zł.
  • Samochód – po naszej “przygodzie” z Ryanair Car Hire w Neapolu (KLIK) nawet nie próbowaliśmy. Mimo, że mamy wypukłe debetówki to nie pokuszę się o kartę kredytową, bowiem mogłabym mieć nagle jeszcze więcej ubrań, a już mam ich za dużo;)
  • Komunikacja miejska – Piza jest niewielkim miastem, więc w zasadzie wszędzie można dojść pieszo. Autobusy kursują, ale bilety są dość drogie (kurczę, piszę to prawie pół roku po wyjeździe więc nie pamiętam dokładnie kwot), więc my postanowiliśmy pieniądze przeznaczyć na piwko;) Za to sieć pociągowa jest naprawdę rozbudowana (kocham TrenItalia) i za naprawdę niewielkie pieniądze można dojechać do sąsiednich miast, a rozkład jazdy i ceny biletów da się z każdego miejsca łatwo znaleźć w necie. 
  • Mieszkanie – airbnb – za cztery noce w pokoju z własną łazienką i dostępem do kuchni zapłaciliśmy około 520 zł. Przy okazji wklejam mój kod, jeśli zarejestrujecie się z niego macie 100 zł na pierwszą podróż, a ja 50 na swoje kolejne więc opłaca się – KLIK. Zamieszkaliśmy u gospodarza, który przedstawił nam się jako Luca, “student”. W zasadzie nie wiadomo było dokładnie, co studiował, ale postacią był na pewno barwna i artystyczną:D Powiedział, że pochodzi z Sycylii, którą bardzo kocha, ale do Pizy (czuć było, że za nią nie przepada) przyjechał studiować. Powiedział nam, że utrzymuje się z gry na gitarze na mieście, oraz właśnie z airbnb (pomimo jego całej otwartości wiecznego studenta, wiecznie lekko na haju i raczej pozytywnego to czuć było, że jest zmęczony turystami, jak większość osób we Włoszech chyba;)). Na pewno chwile, w których się mijaliśmy w mieszkaniu były bardzo fajne, bo miał pomysły i poczucie humoru. Pewnego wieczora przyprowadził koleżankę – wokalistkę, więc wieczór upłynął nam pod znakiem piosenki. I jak on na gitarze jako tako – to ona śmiało mogłaby zdeklasować Adele. I nie wiem czy wiecie, ale”Zombie” The Cranberries jest jedną z poularniejszych piosenek we Włoszech (albo w Pizie, nie pamiętam, czy o tym w ten sposób mówiliśmy czy ogólnie i często można usłyszeć, jak ją śpiewają, z balkonów – serio. Żurawinki.
  • Jedzenie i zakupy – lubię włoskie jedzenie, gdy sama je sobie ugotuję lub wpadnę na chwilę do warszawskiego Amodo Mio. Przysięgam, ze poza lodami nie trafiliśmy tam na dobrą szamę (może poza dniem pierwszym, gdzie albo miałam farta albo działały na mnie leki nasenne jeszcze;). Piza to miasto turystów, więc serwowano nam przeważnie suche jedzenie, małe porcje, a za kawę do posiłku (czarne americano) liczono więcej niż za danie. Plus stolikowe i niewliczony napiwek. Argh;) Czułam się źle.
  • Język i podstawowe porozumiewanie się – Włosi mówią po włosku. Koniec. Nawet pan sprzedający Ci bułkę jest obrażony, że nie mówisz do niego w jego języku. Wystarczy zamiast próbować odpowiadać im po angielsku zacząć mówić po polsku i wtedy często Włosi płynnie przechodzą jednak na angielski;) 
  • Miejsca, które odwiedziliśmy– Piza, Florencja, Livorno – Pizę da się zwiedzić w jeden dzień, wszędzie jest podobnie, więc pokusiliśmy się o wycieczki. Florencja jest masakrycznie zatłoczona, więc nie mogłam spędzić tam więcej niż pół dnia, za to zakochałam się w portowym Livorno. Tam wróciliśmy dwa razy w ciągu naszego tripa.
  • Pogoda – ciepło i raczej słonecznie – tylko jeden dzień lekkiego deszczu:)

 

Dzień 1. – przylot

Bardzo lubię ten moment, gdy samolot skręca przed lądowaniem, chociaż może dlatego, że budzę się jeszcze naćpana lekami na sen;)

Pierwsze i jedyne dobre danie, jakie udało mi się zjeść we Włoszech. Pewnie gdybym nie była tam “turystką” (choć staram się za bardzo nie być typowym “stupid tourist”) a pojechała na wakacje do czyjejś babci – miałabym inne odczucia. W Pizie (w odróżnieniu od innych regionów) Włosi żyją typowo z turystów, których jest tak dużo, że po prostu mają już ich dość. Paradoks, zamknięte koło, plus oczywiste odczucia, że też miałabym po kokardę; mimo wszystko nie przywiozłam dobrych wspomnień z tamtego wyjazdu – jeśli chodzi o osławioną gastronomię.

Telefonem takie ładne zdjęcie zegarka!

Selfie i pierwsza kolacja w Pizie.

Miejsca charakterystyczne. Narobiłam tyle zdjęć tej wieży chyba na zapas, albo po prostu udzielił mi się turystyczny szał panujacy wokół. Bo ludzi na zdjęciach nie ma tu za dużo (wolę zdjęcia zabytków niż przypadkowego tłumu, wiadomka), ale w rzeczywistości były masy człowieków.

Pizza-pizza-pizzaaaa. No i te wspaniałe nazwiska na domofonach:)

Romantyczne winko na mega zmęczeniu

A w Pizie jest wieża, wiecie?;) Włoski – Marek – hairandnailconcept.pl

Dzień 2. – Florencja

Czując, ze Piza nie jest zbyt fascynującym miastem, drugiego dnia rano wybraliśmy się do Florencji. Pociąg w jedną stronę dla dwóch osób to około 17 euro, czyli bilety te w dwie strony kosztowały nas mniej więcej tyle, co przelot Warszawa-Piza i z powrotem:) Porównywalnie nieco szokuje, ale faktem jest, że loty były zaskakująco tanie:) Lubię podróżować po Włoszech pociągiem, jest szybko i sprawnie – nie zapomnijcie tylko przedziurkować biletu na peronie, bo będzie nieważny!

Dworzec we Florencji. Majestatyczny i zaskakujący, oraz – pełen ludzi, których staraliśmy się nie mieć w żadnym kadrze;)

Florencja. Dla mnie szok, bo t warszawska starówka do potęgi “entej”. Nawet Rzym nie zrobił na mnie takiego “tłocznego” i “ciasnego” wrażenia jak to miasto. Oczywiście nie zwiedziłam wielu zakątków na świecie, wiec może nie mam za dużo możliwości, by porównywać, niemniej było naprawdę dużo turystów.

Jedyna piekarnia, w której było niedrogo i pysznie. Czyli cofam, to drugie miejsce, w którym udało nam się dobrze zjeść podczas tej podróży. Wszyscy oczywiście mówili do nas po włosku, widać było zaplecze, gdzie starszy pan doglądał wypieków, kierował pracą i polewał ciastka czekoladą. Osom.

Jeszcze wtedy byłam chuda, od tamtej pory nieco walczę z wagą;)

W plecaku Łukasza Limoncello, kupione gdzieś w trakcie przechadzki w markecie. Ohyda.

Nie było aż tak zimno, ale żeby wszyscy tacy goli d razu..?:)

Gołąbiów tam jak mruwkuw. I zaskakujacych objawień – także.

Zagłębie jubilerów. Oraz scena uliczna ze skuterem i rdzennym – jak mniemam – mieszkańcem.

Turystka.

Mała kawiarnia przy Ponte Vecchio i chwila oddechu. Bardzo klimatyczne miejsce, kanapki średnie – bułka z pomidorem i czymś zielonym. Pyszna kawa i cudowny spokój na słońcu. Jak z jakichś romantycznych piosenek Osieckiej WOGLE.

Łasic.

Dostrzeżcie ten zabawny zarys zwłok antycznej figury.

Beer time! (no bo siesta)

Bye, bye Firenze! Bardzo mnie zmęczył pobyt tam – mnóstwo ludzi!

Spacer po powrocie. Nasz gospodarz był hojny i poczęstował nas (mnie w zasadzie, bo Łukasz jest zdecydowanym przeciwnikiem) czym chata bogata. 🙂

Dzień 3. – Livorno

Poranek – kojarzycie te paletki?

Słoneczny spacer po Pizie.

Nie wiem, czemu to sfotografowałam, ale chyba chodziło mi o cenę parkingów.

To zdjecie po prawej – to moja ulubiona pocztówka z tego wypadu:)

Obiadek. Najgorszy experience wycieczki, choć początkowo się na to nie zanosiło.

Sucha pizza i zaskakujący rachunek – za obleśną, rozwodnioną kawę zapłaciliśmy więcej ni ż za danie obiadowe, plus oczywiście “stolikowe” i napiwek dla nieogarniającego kelnera… Eh.

Obczajaliśmy też tę klimatyczną pizzerię, ale rozczarowaliśmy się – spalone, obleśne dania.

Spacer po Pizie C.D. – dotarliśmy do pięknej, willowej dzielnicy, którą przeszliśmy “i co dalej?” . Piwko pomogło nam podjąć decyzję o wyprawie do pobliskiego Livorno – pociągiem. Bilet dla dwóch osób w jedną stronę 5 euro. Poszukiwanie dworca i połączenia nie zabrały nam długo.

Cudowne Livorno w promieniach wieczornego słońca.

Dworzec – piękny!

Kanał podobno jest pełen szczurów, miasto nie radzi sobie z nimi ani trochę! Jeśli pomyśleć, jakie choroby roznoszą –  fujka.

Kocham palmy i inne te niepolskie drzewa. Polskie tez kocham. Kocham drzewa i co mi zrobicie?

Zachód słońca w porcie. Doszliśmy tam na piechotę przez miasto – z dworca.

Kawka – 2 euro z postojem przy stoliku. Kawki we Włoszech są super. O ile aktualnie nie ma przerwy, odpoczynku, dnia gdy nie jest czynne albo gdy wszyscy nie idą do domów.;)

No i tyle. Pa!

Dzień 4. – jeszcze raz Livorno

Dzięki teściowej byliśmy gotowi na wszystko. Nawet na podbój włoskiego portowego miasta w przebraniu Slimera z Ghostbusters.

Bondżiorno! A po lewej moje oko spośród szat deszczowych.

Uważajcie na bandytów! Na szczęście łatwo ich poznać po charakterystycznych opaskach na oczach, uff..:)

#mood. Ale tak naprawdę to było bardzo wesoło:) Szliśmy znowu w stronę portu na naprawdę fajną miejscówkę:)

Kościoły i szpitale

TO DRZEWO

“Willa Batman”

A to już Terrazza Mascagni, przepiękne miejsce, do którego zmierzaliśmy. Wow. Jest magiczne!

W bluzce Cyvonyuk, którą mam dzięki cudownej Ewie Kosz! :*

Foty na bloga in progress

I czas na kawkie. Zmęczeni!

Kawka…

…i piwko, wiadomix.

A to już Piza, po powrocie (chwila dosłownie pociągiem) poszliśmy na piechotkę by znaleźć coś pysznego. Spośród wielu knajp wybraliśmy tę piekną, idealną, włoską, przytulną i romantyczną i… żarcie było obleśne. Moje zawierało żyjątka, ja ogólnie nie jem mięsa, ale czasem jem owoce morza, ale to było po prostu niepyszne i raczej odrażające, no i suche.

Dzień 5. – Pi(z)za

Ostatni dzień w Pizie. Spacer po słonecznym miasteczku. Mimo wszystko to cudowne, to słońce i ciepło.

Uliczki i wieża z innej perspektywy, zaskakująca jak Pałac Kultury widziany z innych miejsc niż te, które znamy zwyczajnie (ja wychowałam się na końcowych obrzeżach Warszawy i właśnie stamtąd widać było oddalony dosć sporo PKiN, malowniczo:)

A to chyba najbardziej włoskie zdjęcie, jakie zrobiłam podczas tej wycieczki. Jest tu wszystko (może poza wieżą;))

Jak to mówił nasz gospodarz “plac karate” – czyli ten pod wieżą w Pizie;)

“Bęc”.

Prawie listopad, a mi gorąco.

No i fru. Ja biorę leki nasenne, jak być może wiecie, a Łukasz dokumentuje, jak się zachowuję pod ich wpływem, tu z miną: “inappropriated”. -Zjadłaś mi wszystkie orzeszki. – “Jakie orzeszki?”

And that’s all folks! Myślę, że do Włoch już mnie nie ciągnie za specjalnie, chyba, ze ktoś ma tam babcię, mamę, siostrę, wujka lub kogokolwiek; i chciałby nam pokazać jak żyje się w prawdziwych Włoszech. Bo póki co, nie me gusta. Ciao! A za chwile zabieram się za podsumowanie hiszpańskiej Walencji w listopadzie  w lutym – tam to dopiero fajnie! 🙂


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.