FB
link
link
link
link
link

Kolejna porcja info o przetestowanych przeze mnie kosmetykach. Tym razem bardziej na bieżąco dostarczam moich wrażeń odnośnie stosowanych aktualnie produktów. Od ostatniego wpisu minęło około dwóch miesięcy i zdążyłam sprawdzić sporo nowości. Paradoksalnie, gdy zapowiedziałam, że chciałabym promować lekki makijaż bądź jego brak, posypały się zaproszenia na spotkania z markami urodowymi, w tym większość dot. “kolorówki”. Pamiętajcie – zasada, że wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem to złota zasada, a fakt, że jeśli chcemy z czegoś zrezygnować całkowicie to tym bardziej nas to ciągnie jest faktem niepodważalnym:) Ja zawsze byłam za złotym środkiem i do tego Was namawiam: nie malujmy twarzy jak maski, ale cieszmy się i korzystajmy z tego, co dobre, mając na uwadze, że czasem też można po prostu odpocząć:)

Muszę też wspomnieć Wam, że moja współpraca z Instytutem Adamowicz zakończyła się po dwóch wizytach – głównie ze względu na to, że zamiast planowanej wiosenki złapało nas najnormalniejsze lato (kto się tego spodziewał?) i za późno było na większość zaplanowanych zabiegów. Doszły też inne powody, bo niektóre leki kolidują z laserami, także bezpieczeństwo wzięło górę. Szkoda, ale to nie znaczy, że moje postanowienie uległo zmianie, nie będzie tylko opisu zabiegów na blogu… bo tychże zabiegów de facto nie będzie:)

A teraz do rzeczy: przetestowałam trochę nowości i spieszę do Was z informacjami co jest super, a co nie do końca, co wpadło w moje łapki ostatnio i o czym warto wspomnieć. Pamiętajcie – nie jestem ekspertką, a to wszystko moje subiektywne opinie… mimo wszystko mam nadzieje, że wpis się przyda:)

P.S. Za mani do zdjęć dziękuję Monice z Nail Spa Mileny Kanclerskiej przy ul Francuskiej w Warszawie 🙂

Laura Mercier – to marka, która podkreśla naturalne piękno, nie nakłania do zamalowywania warzy, a jedynie do subtelnego wydobywania tego, co śliczne. Muszę Wam powiedzieć, że teraz jest to moja ulubiona firma kosmetykowa, z każdym nowym produktem jestem w niej coraz bardziej zakochana, a na początku miałam do niej – mówiąc oględnie – ogromny dystans. Laura Mercier przekonała mnie do siebie w 100%, krok po kroku. Jeszcze nie trafiłam na niedopracowany produkt, na rzecz, która się nie sprawdza lub jest nietrwała. Nawet jeśli coś nie gra z moją skórą to wiem, że gra z innym typem. Niedawno LM wprowadziła także linię syntetycznych pędzli – rezygnując tym samym z naturalnego włosia; pędzle są znakomite, co także działa bardzo na plus:)

Od lewej pomadka Velour Extreme Matte Lipstick, dalej mój ulubiony rozświetlacz Candleglow (wrzucam tylko dla przypomnienia, bo jest super), potem bronzer rozświetlający Indiscretion, nowy korektor Flawless Fusion, różana odżywka do ust Flawless Skin i podkład średnio kryjący. Po kolei: do pomadki przekonywałam się długi czas i dopiero opinia mojego synka przekonała mnie, że “mamo, ale super wyglądasz”. Maksymilian powiedział mi to, gdy go odbierałam z przedszkola – a pomadkę miałam nałożoną w trakcie dnia i nadal idealnie się trzymała. Przykuwa zatem wzrok (dzieci to zawsze najtwardsi krytycy, ale komplementy od nich zazwyczaj są bardzo szczere;)), jest też trwała, matowa, łatwo się nią konturuje i ma kilka fajnych kolorów. Zamówiłam jeszcze jeden kolor, nie tak ciemny, nie mogę się doczekać, aż do mnie trafi. Dalej – korektor w gąbeczce, pisałam o nim TUTAJ i nadal jest mój nr 1, a tuż za nim w kolejce ten nowy, nakładany aplikatorem. Jest bardzo trwały, nie zbiera się w załamaniach (nakładamy cieniutką, kryjącą warstwę i naprawdę się nie zwarstwia – szok!) i można nim kryć zarówno cienie pod oczami, jak i nakładać punktowo. Obok korektora bronzer – mam go od roku, ale dopiero niedawno doceniłam jego działanie – lekko brązuje twarz i daje lśniące wykończenie. Nie jest bardzo kryjący, dzięki temu łatwo da się nim podkreślić kości policzkowe nie przesadzając – bo w innych przypadkach często niszczy to cały makijaż, znacie to?:) W beżowej tubce odżywka do ust. Zniknął koszmar skórek – stosuję go rano i wieczorem – pięknie pachnie różą. Rano nakładam przed zrobieniem makijażu, by po wykonaniu  go zebrać nadmiar chusteczką i nałożyć matową szminkę – usta są ślicznie wygładzone i nie przesuszają  się. Tę technikę z tym konkretnym produktem stosuje od niedawna i bardzo się to sprawdza! Ostatnia, czarna tubka to średnio kryjący podkład Laury. Jako jedyny z produktów u mnie nie sprawdził się – mam cerę suchą, i ten jest dla mnie nieco za rzadki i hmm.. dodatkowo, mimo, że nie jest typowo do tłustej cery wydobywa u mnie suche skórki. Nie wiem, może stosuję złą technikę nakładania? No cóż – jako jedyny mi nie gra. Reszta – na 6+ !:)

Smashbox – to moje pierwsze kosmetyki tej marki. Dostałam te produkty nie wybierając ich samodzielnie i paletka jest bardzo trafiona: (Photo Edit Eyeshadow Trio kolor: Holy Crop) bardzo fajnie się sprawdza do naturalnego makijażu (na makijaż oka jest całkiem samowystarczalna, więc poręczna, ładnie się blenduje, więc jest na plus) ale pomadka (Always On Metallic Matte kolor Vino Noir) nie przypadła mi do gustu z prozaicznego powodu – nie lubię metalicznego wykończenia w kosmetykach, oraz to po prostu nie mój odcień:).

Mane ‘n Tail – seria szamponów i odżywek. Te kosmetyki dopiero co weszły do sprzedaży w naszym kraju, wcześniej okazały się hitem np w Wielkiej Brytanii. Oryginalnie pochodzą ze Stanów i mają całkiem ciekawą historię. Otóż początkowo produkowano je dla.. koni. Jednak ponieważ ich działanie było tak spektakularne u zwierząt hodowcy zaczęli używać ich także u siebie. Oryginalna receptura pozostała niezmieniona i oto w drogeriach hebe można kupić szampon i odżywkę w cenie ok. 29 zł. Jednak wersja klasyczna to silny detergent i nie nadaje się do codziennego użytku, dlatego też marka zaczęła produkować kilka innych wariantów. Ja wybrałam dla siebie ten głęboko nawilżający i użyłam póki co jeden raz. Wrażenia? Bardzo na plus -włosy są miękkie, pachnące. Jednak kiedyś słyszałam o tym, że czasem kosmetyki do pielęgnacji czupryny po pierwszym użyciu robią efekt “wow”, ale potem włosy się przyzwyczajają, czy coś w tym stylu? Po majówce wybieram się na odrost do Marka, to zapytam go co sądzi o składzie i czy mogę używać tego szamponu – no wiecie czy mam “pozwolenie na dalsze testy”:D. Na pewno dam znać, póki co – piątka!

UPDATE 29.05.18: pozwolenie od fryzjera dostałam;D Stosuję szampon i odżywkę przez cały ten czas i jestem baaaardzo zadowolona z kondycji moich włosów:) Na pewno będę kupować – polecam!

Claudia Schiffer i Artdeco – tu tylko wzmiankuję – letnia odsłona kolekcji wyprodukowanej przy współpracy z supermodelką. Mnie zainteresowała tu w szczególności uniwersalna konturówka. Poza kilkoma nowymi kolorami szminek wyszły także cienie w kolorze “jeansowym” (poczwórne, w pięknym opakowaniu z chmurką) i tusz do rzęs. Barwy “kolorówki” do mnie nie przemawiają – dostałam je do testów z losowymi odcieniami (szminka, gdyby była całkiem pomarańczowa bez domieszki różu byłaby super, niebieskie cienie na mojej skórze wyglądają nieciekawie) więc ciężko mi coś powiedzieć o jakości, bo nie nosiłam długo;).

Urban Decay – paletka NAKED Petite HEAT – polecam wszystkim miłośniczkom tej większej palety (w której ja jestem zakochana, bo uwielbiam beże, czerwienie i pomarańcze w makijażu). Idealna w podróż, ale też dobra dla osób, które wahały się co do zakupu pełnowymiarowej wersji.

Estee Lauder – balsam Revitalizing Supreme + – do stosowania samodzielnie lub z kremem. Póki co testuję sam balsam, jestem na początku drogi – będę dawać znać, bo chciałabym spróbować go z kremem z serii. Mocno wierzę, że utrzyma moją buzię w tym miejscu, w którym jest teraz;) Ostatnio miałam sporo stresu związanego z operacją i zauważyłam, że zrobił on swoje!:/ Także działaj balsamie!:D

UPDATE 29.05.18 – balsam oddałam mamie. Jakoś nie mam szczęścia do kosmetyków Estee Lauder, moja skóra je odrzuca – przez czas stosowania kremu miałam na skórze grudki, a potem paskudne pryszcze! :O Po odstawieniu kremu cera się normalizuje.

Catrice – baza i top w mlecznej odsłonie. Niby drobiazg, ale cieszy, ostatnio mogłabym paznokci nie malować lub pozostawiać tylko osłonięte właśnie takim produktem.

Urban Decay – paleta cieni Moonlight. Pisałam już, że kocham cienie UD? Tak? 😀 No dobra, fajnie, że HEAT jest w małej wersji i mam trochę więcej miejsca w kosmetyczce, bo teraz wszędzie obowiązkowo tacham ze sobą także tę paletę, mimo, że używam tylko dwóch kolorów – Granite i Lithium. Dają małe krycie, za to pięęęękny, mieniący się drobinkami brokatu połysk. Kocham.

GlamGlow Glowstarter – baza pod makijaż w kremie – nawilża, daje połysk i rozświetlenie. Lekko koloryzująca, ja mam odcień Nude Glow, ale nie wiem, czy są inne barwy. Świetny pomysł, bo to szybkie i łatwe w nałożeniu, do tego przyjemnie pachnie – już trzeci produkt Glam Glow w mojej łazience i trzeci na szóstkę!

Nude By Nature – tę markę (dostępną w Douglasie) poznałam bardzo niedawno – bo kilka dni temu. Byłam na spotkaniu z makijażystą NbN (niestety nie pamiętam jego nazwiska) na którym opowiadał o produktach, o rozwijającej się u niego miłości do tego brandu. Jego historia z Nude by Nature jest podobna jak ta moja z Laurą Mercier (no może z tą różnicą, że ja jestem nie makijażystką, a jedynie “konsumentem”;)) – początkowo nie był przekonany do mineralnych podkładów, które są charakterystyczne dla tej marki, jednak gdy zaczął pracować na ich kosmetykach – coraz bardziej zdobywały jego zaufanie. Co ważne produkty są cruelty free, a poza woskiem pszczelim użytym w jednym z wyrobów są wegańskie. To dość istotne, bo wydaje mi się, ze wszyscy  jeśli mamy wybór, wolimy stawiać na dobrej jakości kosmetyki produkowane w ten sposób. Dostałam do przetestowania paletkę do konturowania (nie używam więc nie wypowiem się) i rewelacyjny, mineralny puder transparentny oraz pędzel z syntetycznego włosia. Puder nakładany tymże delikatnym, puszystym wręcz pędzlem pięknie się rozprowadza po skórze dając jedwabiste wykończenie, bardzo naturalne – kocham go! Bardzo polecam i na pewno będę teraz testować także inne produkty Nude By Nature!

Armani –  fluid Luminous – flagowy z kosmetyków do makijażu marki (tak się dowiedziałam od makijażystki). Zdecydowałam się na niego przy okazji testowania innego podkładu Armani, który zdecydowanie mi nie podszedł. Makijażystka zaproponowała mi wówczas własnie Luminous jako odpowiednik kultowego dla mnie Lancome Teint Miracle – póki co ten fluid świetnie się u mnie sprawdza, ma wystarczające krycie i dobrze stapia sie ze skórą, nie trzeba go często poprawiać – jest SUPER. Stosuję go nakładając stemplowymi ruchami (pomysł od YouTuberki – damn, nie pamiętam jej imienia i nazwiska, wspomniała o niej kiedyś taka młoda ilustratorka Herzyk i pooglądałam sobie jej filmiki – jak nie lubię YT to naprawdę spoko) dość twardym, ściętym na równo pędzlem, nadmiar ewentualnie zbieram zwilżoną gąbeczką. Baza jest w porządku, trzyma ten fluid, faktycznie daje dodatkowe rozświetlenie, ale ja nigdy nie mam czasu siły energii żeby je stosować, więc w makijażu zazwyczaj z niej rezygnuję. Tusz – Eyes To Kill – jest delikatny w porównaniu z moimi innymi tuszami, ale naprawdę fajnie rozdziela i wydłuża rzęsy, jest trwały i mam nadzieję, że starczy mi na długo.

A na koniec galeria instagramowych fotek:


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.