FB
link
link
link
link
link

Przed Wami nasza fotorelacja z poznawania Walencji! Mam nadzieję, że udało mi się zobrazować, jak fajny czas tam spędziliśmy. Dodaję jak zwykle na zasadzie pamiętniczka, ale z garścią informacji – może komuś się przydadzą:) Jestem pewna, że nie napisałam tu o 3/4 rzeczy, które obejrzeliśmy, bądź których doświadczyliśmy, także jakbyście mieli jakieś pytania – służę:)

Kilka podstawowych faktów:

  • Sezon – to już zdecydowanie poza sezonem, bo nasza podróż przypadła na kilka ostatnich dni listopada. W Walencji w tym czasie raczej rzadko spotkasz turystów, więc mogliśmy podglądać miasto funkcjonujące naturalnym, swobodnym rytmem.
  • Ubezpieczenie – Pakiet AXA, który wybieraliśmy zawsze do tej pory, nie ten najtańszy, zawsze zwracam wagę na wysokość ubezpieczenia i podstawowe warunki w Rankomacie (nie czytałam wcześniej dokładnie tych umów małym druczkiem raczej pobieżnie;)). Drugiego dnia naszego tripa wstałam z bardzo zatkanym uchem. Próbowałam wszystkiego, łącznie z chodzeniem głową do dołu;) ale nic nie dało się z tym zrobić.  A że mieliśmy po dwóch dniach znowu wsiąść w samolot to po telefonicznej konsultacji z ciocią – internistką postanowiłam podejść do lekarza i zapytać, o co chodzi. Dodzwonić się do AXA nie było żadnym problemem. Wyjaśniłam pani w słuchawce w czym rzecz; musiałam potem chwilę poczekać – pani miała oddzwonić do mnie z informacją, czy mój problem będzie zakwalifikowany do ubezpieczenia i tym samym wizyty. Po kiku minutach wręcz okazało się, że jak najbardziej; za małą chwilę dostanę informację, gdzie mam udać się na wizytę i czy lekarz będzie mówił po angielsku, choć już sprawdzaliśmy, jak szybko możemy porozumiewać się za pomocą Google Translate po hiszpańsku haha;) Okazało się również, że nie muszę ponosić tymczasowych kosztów, które miałyby mi być zwracane po powrocie; AXA współpracuje z lecznicą w Walencji, więc przyjmą mnie bezpłatnie. I że mam czekać na kontakt od pani konsultantki, gdzie dokładnie mam przyjechać. Na tym w zasadzie się skończyło, bo do wieczora nikt nie oddzwonił. A że uch mi się całkiem odetkało, to wieczorem odwołałam alarm. Następnym razem szukałam jednak innej ubezpieczalni, choć nie wiem, czy słusznie – teraz znowu stoję przed tym dylematem – czy ktoś kiedyś korzystał ze skutkiem z lekarza za pośrednictwem ubezpieczyciela i mógłby się ze mną podzielić informacją? Szukałam oczywiście w necie ALE tam zazwyczaj pisane są jakieś skandaliczne historie, więc zarzuciłam temat by się nie stresować…;)
  • Tani lot – 414 złotych za dwie osoby w dwie strony, z tego co widzę kupowałam duuużo wcześniej, bo pod koniec lipca:)
  • Samochód – nie szukaliśmy, bo postanowiliśmy w te kilka dni zwiedzić po prostu Walencję i nie planowaliśmy jeździć nigdzie dalej, by nie robić sobie dodatkowych kosztów podróży. Stwierdziliśmy też, że to tak duże i interesujące miasto, że chcemy je obejrzeć dokładnie! Nie zawiedliśmy się:)
  • Komunikacja miejska – świetna sprawa. Działa to wszystko znakomicie, można poruszać się dosłownie ruchem małpki na lianach korzystając z map Google, gdzie uwzględniona jest cała siatka połączeń i działa to bezbłędnie. Teraz kilka faktów. Żeby dojechać z lotniska do centrum trzeba wsiąść w metro. Dojeżdżają tam bodaj dwie linie. Są to linie podmiejskie, więc trzeba za nie zawsze dodatkowo zapłacić. Kurs taką linią to dla jednej osoby ok 5 euro, dla dwóch – nieco ponad 8 euro. I ten koszt trzeba oczywiście ponieść podczas takiej podróży dwukrotnie. Co do opłat za komunikację miejską w Walencji – my kupiliśmy kartę trzydniową na autobus tramwaj (naziemna linia metra) i metro. Koszt takiego biletu (plus karta na której się go koduje) to około 12 euro dla jednej osoby. Bilety kupuje się w kioskach “Tabacchi” i trzeba wiedzieć, że nie każdy sprzedawca rozumie po angielsku, o co Ci chodzi:) Nie każdy też (chyba) taką kartę może zakodować. Mówię tak, bo my mieliśmy kilka podejść, więc zakładam, że byli też tacy, co nas zrozumieli. W pierwszym kiosku, w którym udało nam się kupić wspomniany bilet pan w ogóle powiedział nam, że to bilet dla dwóch osób:) Ale w autobusie (przykładasz kartę do czytnika przy kierowcy wsiadając) okazało się, że na jedną. Więc musieliśmy znowu szukać kiosku gdzie kupimy drugą kartę haha:) Jednak po zakupie było już z górki – bo tak jak wspomniałam komunikacja miejska działa tam wzorowo:) Poza tym oczywiście można kupić pojedyncze bilety, bodaj także jedno i dwu-dniowe. O bilety podmiejskie nie pokusiliśmy się, w zasadzie nie starczyłoby nam czasu by je wykorzystać:)
  • Mieszkanie – znowu airbnb (wklejam kod do rejestracji dzięki któremu Ty dostaniesz stówkę zniżki na pierwszą podróż, a ja 50 złotych na swoją kolejną KLIK). Pokój z współdzieloną łazienką i kuchnią, czysty i z piękną, kamienną posadzką, oraz z widokiem na drzewa pomarańczowe kosztował nas 254,09 zł na 3 noce! Obok nas w drugim pokoju z własna łazienką mieszkała serbska para – rodzice, którzy przyjechali odwiedzić córkę na Erasmusie:) Trochę się dowiedzieliśmy o Serbii, fajnie będzie tam kiedyś polecieć:)
  • Jedzenie i zakupy – jedliśmy w Lidlu, no bo wiadomka, oszczędzanie. Ale Lidl ma to do siebie, że często serwuje miejscowe produkty, więc pycha. Stołowaliśmy się również w innych “supermercado” a ja zajadałam się niedrogimi anchois (anchovies?), które po hiszpańsku nazywają się boquerónes:) Łukasz szamał lokalne sery, których jest dużo rodzajów (a 3 na pewno;)) i są pyszne. Przy okazji szukaliśmy jakichś ciekawych słodyczy i wygrały zdecydowanie orzeszki pinii w słodkiej polewie. 
  • Język i podstawowe porozumiewanie się – może rzadko spotyka sie ludzi mówiacych perfekcyjnie po angielsku, ale poieważ ja też do takich nie należę to nie narzekam. Przynajmniej nikt nie jest obrażony, że nie mówisz do niego w jego ojczystym języku i każdy stara się jakkolwiek dogadać:) W porównaniu do Włochów Hiszpanie są totalnie super.
  • Miejsca, które odwiedziliśmy– obeszliśmy całą Walencję wzdłuż i wszerz, ale na obszary podmiejskie nie starczyło nam czasu. Za pierwszym razem nie doszliśmy także… na plażę:) Sama w sobie Walencja jest cudowna!
  • Pogoda – w kratkę i raczej chłodno, ale zdecydowanie cieplej niż w Warszawie o tej porze roku. Podczas wyjazdu narzekałam, że zimno, że pada, że miało być inaczej ale tak naprawdę spędziliśmy tam fantastyczny czas!

 

Dzień 1. – przylot do Walencji

Po lewej – Modlin w śniegu, odladzanie.

Ja te widoczki oglądam tylko na zdjęciach, bo w trakcie lotu staram się poddać działaniu tabsów na sen. Inaczej siedzę jak kot w czepiony pazurami w fotel. Podczas lotu, gdy śpię, daję się półprzytomna namówić stewardessom na kanapki, herbatki i kawki, perfumy i inne niepotrzebne mi rzeczy albo zjadam Łukaszowi prowiant na lot. Pod wpływem jestem pasażerem idealnym jak sądzę. Tylko ktoś mnie musi ogarnąć przy wysiadaniu haha:D Zazwyczaj też wtedy zagaduję do obcych ludzi i nawiązuję znajomości, o których nawiązaniu zdecydowanie nie pamiętam potem:D

Pierwszy rzut oka na Walencję.

Palmy na koniec listopada, i co z tego, że zimne. YESSSSS

Po lewej – mapka wisząca na chacie naszego gospodarza. Po prawej – urzekające mnie wszechobecne stoliki z kawą, piwem i przekąskami.

Pomarańcze!

Oraz nogi i inne obleśne rzeczy.

Śniadanie na świeżym powietrzu w towarzystwie palm, oraz orzeźwiający napój w porcie. Życie jest piękne! ;D

Tourist info nieczynne. Są za to kaktusy i inne fajne widoki.

Za Wikipedią: “La Ciudad de las Artes y las Ciencias – Miasto Sztuki i Nauki – „dzielnica przyszłości”, zaprojektowana przez pochodzącego z Walencji Santiago Calatravę. Na miejsce to składa się: gmach opery/spektakli teatralno-taneczno-muzycznych, oceanarium, delfinarium, kino IMAX/planetarium, muzeum nauki, restauracje itp.” Podobny budynek tego architekta stoi też na Teneryfie. Dla mnie trochę kiczyk ale co ja tam wiem:D

PAAAAAALMYYYYYY.Musze sobie chyba jedna wytatuować, może nie na czole, ale tak.

Plaza de La Virgen:)

Giełda Jedwabiu

TACO BELL.

Dzień 2. – koniec z pogodą

Moja ulubiona koszulka meska z kolekcji Reserved re.design:D

Kazałam Łukaszowi fotografować momenty:)

Nasz balkon. I zaczynamy foty.

Włosy by Marek hairandnailconcept.pl

Nie mam siły na zdjęcia bo boli mnie uuuuchooooo!

I do domu. Czekaliśmy na odzew od pani z AXA.

Nie doczekaliśmy się. Więc w metro i do centrum!

Zwiedzam, ale nic nie kupuję;)

Pięknie!

Gołomp bez głowy i nogi oraz nowożytne freski.

Dzień 3. – jeszcze zimniej

Brzydka pogoda, zaczynamy intensywne zwiedzanie. Od Starego Marketu, gdzie jest tyle zwierząt bez skóry że muszę wyjść. Mam foty, ale nie chciałam tu wrzucać bo imho jest to brutalne. Kupujemy za to tradycyjne napoje.

Zimno. Smutne palmy. Ale od czego jest sangria?:D

H&MH&MH&M

i Celebrity

Ale tylko do zdjęcia, bo normalnie to Cortezy

Jest parasol i jest sangria!

W końcu musiałam iść do Zary i kupić wełiane gacie, tak mi było zimno w rajstopach. Droższe niż w PL o jakieś 20 zł:)

A to nasza gastronomia tamtego dnia, poza “supermercado” rzecz jasna.

Pamiątkowe zdjęcie.

Dzień 4. – wreszcie śliczna pogoda! wracamy do Warszawy

A to już czas pożegnania! Oczywiście żegna nas słoneczko. Już wiemy, że chcemy tu raz jeszcze przylecieć!


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.