FB
link
link
link
link
link

Dzisiejszy wpis jest szczególny. Mam bowiem niezwykłą przyjemność uczestniczyć w czymś ważnym, dołączyć się do dobrej akcji. Chodzi  o kampanię Na Rzecz Walki z Rakiem Piersi, w której biorę swój mikro udział prezentując Wam moja dzisiejszą stylizację. W stylizacji najważniejsze są… detale. A konkretnie maleńki gadżet, który powstał dzięki zaangażowaniu w akcję marki Apartu – Elixy. Tym gadżetem jest stylowy zegarek ozdobiony wstążeczką-znakiem, który nie jest tylko zwykłym, modnym drobiazgiem. 

Dziewczyny, zapewne wiecie, nie jest to bowiem tajemnicą a wiem, że zmiana rzuciła się w oczy – wykarmiwszy dwójkę dzieci, na początku tego roku zrobiłam sobie piersi i już kilkakrotnie odpowiadałam publicznie na wasze pytania – twierdząco. Nie poruszałabym tego tematu sama, ale często pytacie mnie o to w komentarzach (w mniej, lub bardziej uprzejmy i taktowny sposób…;)) czy w wiadomościach prywatnych.  Była to osobista decyzja i nie chcę poza potwierdzeniem faktu rozmawiać o tym bardziej, bo nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, nie chcę nikomu doradzać w wyborze chirurga, a sporo odpowiedzi dotyczących procesów związanych z operacją zależy zwyczajnie od organizmu, lub wymaga wiedzy medycznej, której ja przecież nie mam. Tutaj jest mnóstwo za i przeciw; każdy człowiek powinien takie decyzje podejmować we własnym zakresie, absolutnie nie mam zamiaru nikogo w tym temacie “inspirować” bo to nie jest kupno sukienki czy butów, tylko nasze ciało, jedyne jakie mamy. Więc nie pytajcie mnie o to proszę, a ja zostawiam ten temat.

Ale ponieważ nadarza się możliwość i możemy mówić o profilaktyce – chciałam przypomnieć Wam o badaniu swoich piersi. Warto to robić, zarówno samemu w domu, jak i co rok u lekarza specjalisty, bowiem wczesne wykrycie nowotworu może zwiększyć szanse na jego wyleczenie… Tak więc z dumą prezentuję Wam dziś ten symboliczny zegarek, który może przypominać nam o regularnych kontrolach.

I korzystając z okazji mam dla Was jeszcze jedną historię apropos dbania o piersi. Bo ja nauczyłam się, że w dzisiejszym świecie ważne jest, aby kontrolować zdrowie, ale też robić to u osoby, do której mamy pełne i stuprocentowe zaufanie.

Posłuchajcie.

W życiu trafiałam na różnych lekarzy USG i wielu z nich widziało w moich wynikach rożne rzeczy – jakieś włókniaczki, dużo drobiazgów, które okazywały się błędami aparatu; torbielki, ale koniec końców w opinii badających i innych lekarzy specjalistów – nic groźnego. Przy okazji nie wiedząc o tym i wybierając w zasadzie na ślepo bywałam raczej w mało nowoczesnych przychodniach USG. W końcu, tuż przed operacją, ponieważ chirurg plastyk wymagał jasno sprecyzowanych wyników trafiłam na zaangażowanego i profesjonalnego specjalistę ze stosunkowo nowoczesnym sprzętem. Powiedział on, że wszystko to, co wcześniej u mnie wykrywano to zwyczajne torbiele i nic złego tam nie ma, ale że jest jedna minimalnie nietypowa torbiel, która na 99,99% nie jest groźna, ale on tego ułamka procentu nie może potwierdzić, bo mimo, że nowoczesny to jeszcze nie ten naj-nowocześniejszy ma sprzęt (o matko:/). I że tak, w chwili obecnej spokojnie mogę się poddać operacji, ale jakby mnie to miało męczyć, i jeśli nie chcę mieć cienia wątpliwości to już po zabiegu, po jakichś sześciu miesiącach do roku mogę iść na kontrolę do jego koleżanki, która ten sprzęt najnowocześniejszy ma. Koleżanka, z którą studiował a potem pracował. I która, według niego, jest jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą specjalistką w PL. Że wykładowczyni akademicka, że książkę o tym wydała, z której uczą się studenci, że na piersiach “zęby zjadła”. I że jeśli mam wątpliwości jakiekolwiek to żeby tylko do niej  iść. Kolejki są do niej ogromne ale warto, a w jednym z gabinetów, gdzie pracuje ma własnie ten najnowocześniejszy sprzęt.

To było tuż przed op, jakoś na początku marca tego roku.

No i wyobraźcie sobie dalej. 3 miesiące po zrobieniu piersi chciałam skontrolować, czy nie robi mi się taka problematyczna komplikacja, która niestety może wystąpić przez cały czas noszenia implantów, ale najczęściej pojawia się miedzy 3 a 6 mcem po wszczepieniu – “obkurczanie torebki”). Kontrolne USG miało nie mieć związku z tymi niegroźnymi torbielkami. Ponieważ do tej poleconej specjalistki były kolejki, a ja wiedziałam, że nie czas jeszcze na to drobiazgowe badanie, to poszłam do typka, którego miałam po prostu w zasięgu ręki. Przy okazji sprawdziłam, że jest rozreklamowany w sieci jako spec od zmian i guzków piersi, więc nie wypadł sroce spod ogona. Super, zwłaszcza, że ponoć nie sama diagnostyka, ale też leczenie – słowem – też specjalista. Komentarze pozytywne, więc fajnie. Oczywiście nie poświęciłam dużo czasu na research o nim, przeleciałam po łebkach, bo do sprawdzenia była dość prosta do wykrycia rzecz.  Co mnie nie zainteresowało wtedy, a powinno – gościu miał też swoja praktykę medycyny estetycznej. Czyli biznes.

W rejestracji pani recepcjonistka zachwalała doktora, że do Warszawy przyjeżdża tylko parę razy w miesiącu, bo w ogóle ten gabinet to pan doktor otworzył na życzenie pacjentek i w ogóle to niektóre do niego z zagranicy przyjeżdżają aż tu. 

Wchodzę więc na wizytę pozytywnie nastawiona, jeszcze nie zapłaciwszy, bo płaci się po wyjściu (to taki myk, który poznałam u lekarzy priv przy okazji chodzenia na konsultacje w sprawie plastyki – chyba wyceniają nas w zależności od tego ile możemy wydać hehe…). Lekarzowi mówię co i jak, pokazuję poprzednie badania, mówię, po co przyszłam: że chcę sprawdzić tylko, czy mi się ta komplikacja pooperacyjna przypadkiem nie robi.

Ok. Gościu mnie bada, mówi że z implantem wszystko w porządku, cośtam rozmawiamy, mam wrażenie, że doktor z lekka się wymądrza, bo stara się wyjaśnić przyczyny problemów, których rozwiązywanie nie leży w zakresie jego specjalizacji i – co najgorsze – niestety nie do końca mnie słucha. Gadamy, dr bada, według niego piersi się ładnie goją i że żadnego obkurczania torebki nie widzi. Uff. Ale po chwili mówi, że nie ma co się cieszyć, bo za to widzi dwie zmiany lite i ze trzeba by zrobić ich biopsję. Dokładnie to dwie biopsje; 300 zł od sztuki.

Czyli w sumie z wizytą 800 zł. I że to moja decyzja, ale mam zmiany według niego wyglądające na nowotworowe i on rekomenduje by to sprawdzić, bo pewności bez biopsji nigdy mieć nie można.

SZOK.

Ja z kolei wiem, że to nie są straszne guzki i wiem, że nie są “lite”, choć naturalnie natychmiast pojawiają się wątpliwości – no bo niby badałam się 3 mce temu, ale może coś się zmieniło przez te 3mce kto wie? Ciało to ciało. Mówię mu, to, co już mówiłam przed badaniem, że inny, dobry lekarz przecież niedawno widział i opisał, i że kazał się nie martwić. On na to, że fajnie, ale on z kolei takiej gwarancji mi nie może dać i że według niego trzeba biopsję zrobić. 

No tak.

Poza zalewającym mnie strachem, paniką, czuję też napięcie i pośpiech, bo dr mówi, że właśnie wyjeżdża na wakacje i mailem może mi wysłać wyniki ale musi dziś pobrać próbki, bo inaczej będzie tu dopiero za jakiś nieokreślony dłuższy czas. Mówię mu, że boję się kłucia, że to nie jest coś, na co decyduję się ot tak, a on mówi, że to badanie powinnam zrobić, żeby nie było wątpliwości. A na NFZ się czeka i nie wiadomo, czy zrobią to z należytą starannością (wiem z doświadczenia, że nie;)). Wyłania się więc wizja: czekać w trwodze nie wiadomo ile na termin, by popsuć nowe cycki czy wydać dodatkowe 600 zł na tego doktora, który być może zrobi to lepiej (w końcu prowadzi też medycynę estetyczną), a na pewno szybciej? Można by pomyśleć, że to chyba jasne: skoro miałam na operację powiększenia piersi to na tak ważne badanie zrobione przez wykwalifikowanego lekarza też mnie stać, co nie? 

Na naturalnie nasuwające się od razu pytanie: “a co jeśli wyniki wyjdą złe?” odpowiada, że – spokojnie, w razie czego przeprowadza też samodzielnie leczenie. Widząc, że zaczynam panikować na myśl o kolejnej operacji na piersiach dodaje, że na razie przecież nie mam się czym martwić, bo jeszcze nie mówimy o wynikach biopsji. Żebym się nie martwiła na zapas!

Serio?

Płaczę prawie z emocji, ale mówię, żeby mi dał z godzinę czasu chociaż do namysłu, wrócę do domu (nieopodal) i się skonsultuję, z “mężem”. Wiadomo, nie mam z marszu dodatkowych 600 zł, żeby wywalić na ten przerażający mnie i w końcu inwazyjny zabieg, no ale tu o zdrowie chodzi, przecież ja mam dzieci! Ok, mogę się zastanowić i przyjść na badanie po kolejnej pacjentce. 

Wracam do domu i gadam z Łukaszem. Ponieważ cały ten pośpiech, te wątpliwości, pieniądze i w końcu sam lekarz wydają mi się podejrzane – (bo naprawdę wcześniej nic nie wskazywało na to by zmiany były poważne, o taką diagnozę żaden lekarz wcześniej się nie pokusił) pada decyzja – jadę do lekarki poleconej. Nie będę kłuć się u kogoś przypadkiem, zapiszę się do tamtej, poczekam, może uda się jakoś wstrzelić. Mam farta, że przyjeżdżam osobiście, a nie zapisuję się przez telefon, bo akurat dziś, tego jedynego dnia i w tych godzinach ona w tym centrum medycznym przyjmuje. Z płaczem stoję w korytarzu trzymając w drżącej ręce wyniki i łapię doktor wychodzącą z gabinetu pomiędzy pacjentkami. Gadam z nią chwilę, opisując sytuację. Lekarka zerka na badania i mówi, że na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku i zmiany nie są groźne… Jedna ze stuprocentową pewnością, druga na 99,99 % hehe… Więc ok, mam poczekać, przyjmie mnie po pacjentce, która właśnie czeka na biopsję i zbada mnie, żebym się nie denerwowała.

Właśnie, bo ta lekarka u siebie też robi biopsje, też odpłatnie, co prawda w cenniku nie liczą 300 od zmiany tylko 250 za jeden zabieg niezależnie od ilości. Wiem, że jeśli będzie potrzebna to po prostu zleci mi ją.

Wchodzę na wizytę. Lekarka w towarzystwie chyba młodszej pani doktor badają mnie. Co najmniej trzy razy wyraźnie i dobitnie powtarza, że zmiany Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ NIE SĄ GROŹNE, że to najzwyklejsze torbiele i że podpisuje się pod tym swoją wiedzą. Ale dla mojego spokoju włącza też ten sprzęt, o którym mówi, że jest najnowocześniejszy i że jest to taka „biopsja bez igły”. Diagnoza ta sama. Na do widzenia mówi, że mam się nie martwić i na kolejną kontrolę zaprasza mnie za rok. Bo piersi – wiadomo – trzeba u lekarza kontrolować tak czy inaczej właśnie w takich odstępach.

Potem w internecie dokopuję się głębszych info o lekarzu, który tego dnia chciał wykonać mi biopsje i okazuje się, że w necie pełno o nim artykułów sponsorowanych, ale jak poszuka się staranniej to pod ochami i achami pojawiają się opinie o tym, że „dr nawet przyjmując na NFZ zawsze tak zakombinował, żeby pacjentka trafiła na badania do niego płatnie”.

Koniec.


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.