FB
link
link
link
link
link

Zakochałam się w Portugalii. Wiem, że wcześniej piałam z zachwytu nad Hiszpanią, wiem, że mało świata jeszcze zwiedziłam bo jakby nie patrzeć podróżuję od niewiele ponad roku, wiem, że pisałam już o Kanarach że raj na ziemi ale w żadnym z tych miejsc nie czułam się tak spokojnie, swobodnie, jak właśnie tam – w portugalskim Porto. Życie codzienne, niespieszne, my spędziliśmy czas głównie w dzielnicy Matosinhos, w której mielismy lokum, ta dzielnica to przystań portowa na obrzeżach dużego miasta. Ulokowana wiec tuż przy gigantycznej plaży (z tragiczną historią) pełna ludzi mieszkających tam i żyjacych po swojemuu, przez co magiczna. To właśnie mój typ podróżowania – być jak najbardziej niezauważalnym, choć z blond kłakami często rzucam się w oczy, wiadomo. I jeszcze ten brak języka, cały czas powtarzam sobie, ze będę sie uczyć hiszpa ńskiego z moją Hanką, ale wiadomo, póki nie wybiorę sie na kurs nic z tego nie bedzie, a i kurs nie gwarantuje mi pełnego zaangażowania i sukcesu (pamietacie jak robiłam prawko? kurs skończony, a ja cały czas, czyt. trzy lata zbieram się by podejść do egzaminu…;)).  W Portugalii byliśmy zaledwie mgnienie oka – trzy dni, więc widzieliśmy w zasadzie niewiele, ale powiem Wam, ze właśnie wcale nie mieliśmy ochoty pakować się w tłumy turystów i zwiedzać zabytków. Wystarczył nam rzut oka na zatłoczone centrum Porto by wiedzieć, że mieszkanie wynajęłam w dobrym miejscu:)

Zapraszam Was na fotorelację – jak zwykle na zasadzie swoistego pamiętniczka, a nie przewodnika;) Ale w razie czego, jeśli ktoś chce o cokolwiek zapytać – służę:)

Kilka podstawowych faktów:

  • Sezon – kwiecień, więc jeszcze nadal poza sezonem. W miejscach turystycznych mimo niepogody i tak sporo ludzi, ale jednak jest to najbardziej spokojne turystyczne miesce poza sezonem, w jakim byliśmy:)
  • Ubezpieczenie – ignal Iduna, najtańsze, wyszukane przez Rankomat. Nie sprawdzaliśmy, na szczęście. Ale nadal – jeśli ktoś ma jakieś wskazówki, czym sie kierować, jakie ubezpieczenie wybrać – chętnie posłucham. Oczywiście naczytałam się co nieco w necie, ale jeśli chodzi o opinie, to zawsze tam śmierdzi jakąś aferą, także nie wiem czy można je brać jako wyznacznik:)
  • Tani lot – 687.34 PLN z miejscami obok siebie – dwie osoby, dwie strony, Ryanairem (pamiętajcie, że Ryanair to tanie loty ale drogie dodatki (potwierdza to najnowsze zestawienie na Fly4Free), a na pewno 3x zastanówcie się, zanim w ogóle pomyślicie, czy może by wynająć przez nich auto (KLIK)!;)) – no cóż, ja po prostu uparłam się, żeby tam polecieć, kiedyś bywały dużo tańsze połączenia, ale jakoś nie miałam odwagi. Trochę jestem zła na Łukasza, bo nie zgodził się na moje spontaniczne (albo kompulsywne) propozycje dokupienia biletów – z Porto były  do Faro, a potem do Warszawy i wychodziło to wszystko razem plus 300 zł, co przedłużyłoby nasz piękny pobyt w Portugalii o parę dni no ale wiadomo, trzeba myśleć jak dorosły. Haha:)
  • Samochód – nie wynajmowaliśmy.
  • Komunikacja miejska – dla mnie to system baaaaardzo skomplikowany i powiem Wam, ze nawet nasz host, mieszkaniec Porto podał nam błędne info dotyczące kupna opowiedniego biletu. Porto podzielone jest na zony rozchodzące się od centrum na zasadzie okręgów. W zależności od tego ile zon chcesz przekraczać poruszając się, odpowiednio droższy bilet musisz kupić. Bilet musisz kasować przy każdej przesiadce. Jeśli kupujesz pojedynczy, skasuj go dopiero gdy nadjedzie pociąg – podobnie jak u nas ważny jest przez określoną ilość minut (chyba godzinę). Jeśli chcesz kupić bilet 3 lub więcej dniowy, turystyczny, pozwalający na przejazd wszystkimi środkami komunikacji miejskiej musisz udać się do specjalnego punktu (niestety nieczynny w dni świąteczne – nam nie udało się kupić). Bilety pojedyncze lub jednodniowe (dobowe) można kupić na każdej stacji metra (to bardziej naziemny pociąg) oraz w kioskach. Wszystko podzielone jest na zony, początkowo bardzo chcieliśmy kupić kartę trzydniową, ale nie mieliśmy pewności na ile zon, czy możemy na niej wrócić na lotnisko, czy obejmuje każdy środek komunikacji miejskiej… Bardzo duzo pytań, każdy udzielał nam innych odpowiedzi. Koniec końców kupiliśmy raz bilet dobowy, a potem ze dwa razy bilety u kierowcy (są droższe, jeden przejazd to wtedy 2 euro od osoby). Z portu Matosinhos do centrum miasta kursuje fantastyczny, piętrowy autobus nr 500 i jedzie on brzegiem oceanu. Ten autobus pojawił się na naszej drodze niespodziewanie (gdy zziębnięci – bo wiało, zmoknięci – bo padało, głodni – bo wszystko zamknięte do 18-19- chcieliśmy dostać się z centrum Porto choćby do najbliższego Lidla lub po prostu do dooomu, trafiliśmy na ten autobus i wsiedliśmy żeby usiąść w ciepełku) i potem przejechaliśmy się nim kilka razy – niezapomniane widoki!
  • Mieszkanie – 327,37 zł – wynajęte u sympatycznej pary na airbnb – on Amerykanin portugalskiego pochodzenia (oj chyba wojskowy, mieliśmy trochę teorii spiskowych na temat naszego hosta – ale wszystkie oczywiście z przymrużeniem oka;)), ona Brazylijka, piękna kobieta, nieźle. Komunikacja na piątkę, mieszkanie w dzielnicy zupełnie zamieszkałej tubylcami, z okna widok na ocean, ale nie taki wiecie – “wakacyjny” – tylko raczej niespotykany. Zobaczcie sobie na zdj. poniżej:) Co do wynajmu – ja często (choć nie zawsze, pamiętacie historię naszego gospodarza Fernando? KLIK) zwracam uwagę na plakietkę “Superhost” bo wtedy wiem, że nie jadę w ciemno, a moje lokum będzie czyste i “pewne”. Tak też było tym razem, a ja polecam Wam zarejestrować się moim linkiem – dostaniecie 100 zł zniżki na pierwszą rezerwację:) KLIK.
  • Jedzenie i zakupy – ja zawsze mam problem z tą ich “siestą” bo ona wypada dokładnie wtedy, gdy jestem najgłodniejsza, a z kolei nie lubię jadać dużych kolacji. Tu troszkę już nauczeni wiedzieliśmy, ze warto kupić coś do żarcia w supermarkecie, póki otwarty. Na kolację do knajpki – wyszukanej przypadkiem – trafiliśmy raz. Miska pełna owoców morza (nie jem mięsa, a owoce morza czy ryby tylko w takich właśnie super rzadkich okazjach) oraz danie Łukasza (jakiś placek, nie pamiętam, bo byłam przejęta moją szamą, oraz chleb, oliwki, sosy (często są w restauracji płatne tyleż samo co danie główne) zapłaciliśmy 20 euro. Jeśli chodzi o restauracje, to drugiego dnia wybraliśmy się do centrum Porto do jakiejś knajpy, żeby spróbować szamy polecanej na jakimś blogu podrózniczym. Gdy tam dojechaliśmy okazało się, że nie mają NIC typowo portugalskiego a już bez mięsa to w ogóle (wegetarianizm podobno nie za bardzo przyjął się w tym kraju haha;)), a kelner w tajemnicy zapisał nam na karteczce dzielnicę, w której zjemy najlepsze rzeczy i tam kazał się tam wybrać. Jak się domyślacie, było to portowe Matosinhos, w którym mieszkaliśmy…:) To miejsce słynie z owoców morza i ryb, zwłaszcza sardynek. 
    Ponadto warto wspomnieć o wszechobecnych knajpkach, piekarenkach z espresso i bułeczkami, małymi piwkami itp. Jest tak jak we Włoszech tylko pyszniej i… dużo taniej. Portugalczycy ponoć przez kryzys zostali zmuszeni do zjedzenia co najmniej jednego posiłku w domu, niegdyś zgodnie z kulturą jadali wyłącznie na mieście – wszystkie posiłki. To widać i to jest super. “Dzienne” przybytki – te poza kolacją – sa naprawdę bardzo tanie – espresso to 60 centów, bułka 20-30 centów… Naprawdę płaciliśmy bardzo niewiele więc chętnie korzystaliśmy. Nawet turystyczne plażowe knajpki były na naszą kieszeń, co nawet w Warszawie jest dla nas rzadkością haha:D Jeśli chodzi o restauracje serwujace już dania kolacyjno – obiadowe – to róznie. Obiad dla dwóch osób zaczynał sie od 20-25 euro.
  • Język i podstawowe porozumiewanie się – Portugalczycy dość powszechnie i dobrze porozumiewają sie po angielsku, myślę, że na podobnym poziomie komunikacji co i w Polsce – czasem się trafi ktoś, kto nie mówi w ogóle, czasem ludzie mówią fantastycznie, większość dogaduje się jako tako – czyli jak ja;).
  • Miejsca, które odwiedziliśmy– Matosinhos, Porto.
  • Pogoda – w kratkę – gdy przyjechaliśmy zacinało deszczem w bok i było chłodno, następnego dnia wyszło słońce i przez połowę dnia grzało, potem zaciągnęło chmurami i zerwał sie zimny wiatr. Kolejnego dnia było już z powrotem słonecznie, ale wiatr lodowaty (mimo wszystko Łukasz bardzo opalił się na buzi;)). Gdy wyjeżdzaliśmy był ciepły, słoneczny dzień z przyjemnym wiaterkiem. Ale podobno kolejnego dnia znowu deszcz. Pogoda w Portugalii w kwietniu jest wyjątkowo kapryśna, ale jest to także kraj, na który przypada najwięcej w Europie słonecznych dni! I ja tej tezie wierzę, po prostu my wyrobiliśmy normę przyciągając ze sobą troszkę deszczu AS USUAL. Haha:)

Dzień 1. 

Cztery i pół godziny lotu – wiadomo – dla mnie za dużo. Po chwili spałam jak dziecko, choć obudziły mnie dość konkretne turbulencje w połowie drogi. Pigułeczki jednak działają i nie panikowałam AŻ TAK bardzo;)

To plan dotarcia do naszej dzielnicy metrem w środku nocy (wylądowaliśmy o północy). Kupno biletu+ przesiadka. Cudownie, że nie musieliśmy czekać na bagaż (nie kupowałam priority boarding, ale mimo nowych regulacji często udaje nam się zabrać bagaż zapakowany w plecak na pokład), bo nie było pośpiechu i stresu przy staniu w kolejce do kupna biletów, których to system – jak już wspominałam wyżej – jest nieco skomplikowany. To zadanie przerosłoby mnie, gdybym wylądowała sama po tej pigułeczce na sen. Ale Łukasz ogarnął wszystko bezbłędnie i na miejsce dojechaliśmy bez najmniejszego problemu.

Dzień 2.

W nocy nie widzieliśmy za bardzo jak wygląda nasze lokum i gdzie mieszkamy konkretnie. Więc widok na ocean – dość nietypowy widok, bo nie taki turystyczny a… zwyczajny – bardzo mnie zdziwił i ucieszył:)

Kupiłam sobie na ten wyjazd super bluzę Vansa! Na szczęście – bo bardzo się przydała. ;D

Nasza klatka schodowa. Może ja jestem jakimś maniakiem klatek? Piękna! 😀

A to półki sklepowe. Kryzys? Nie kryzys? Moda w Portugalii się skończyła? Nie wiem, ale sporo tych manekinów pustych mijaliśmy w drodze z naszej chaty na plażę.

Plaża, na której przed laty rozegrała się tragedia – morze zabrało ponad setkę marynarzy (rybaków?) podczas jednego sztormu. To wydarzenie upamiętnia pomnik “Tragedia do Mar” który widać przy samym wejściu na plażę – przedstawia on matki i żony zmarłych tego dnia mężczyzn, płaczących tego dnia za nimi na brzegu oceanu.

Poza tym to miejsce pełne jest surferów, spacerowiczów, dzieciaków trenujących piłę.

Oraz blogerek.

Faaaaaaleeeeeeeeeee

A to rzeźba wisząca w Matosinhos. Nazwana jest “She Changes” i oczywiscie nawiązuje do sieci rybackiej, ale ma też skłaniać do jej głębszej… kontemplacji – ze względu na swoja zmienną formę.

Mój “modny i wygodny” outficik – żakiet z H&M, bluzka i spodnie z Zary i moje ukochane VaporMaxy – mam je ponad rok (dostałam od Nike gdy wypuszczali ten model na rynek) i uwielbiam w nich zarówno biegać, jak i po prostu chodzić. Niezastąpione!

Po południu zaczęła się psuć pogoda. Wskoczyłam w drugą stylówkę i wyruszyliśmy metrem do centrum Porto, chcąc odwiedzić polecana przez jakiś blog restaurację (pisałam o tym na samej górze;)). Kupiliśmy bilet 24 h na 3 zony (tak nam poradził pracownik metra, płynnie mówiący po angielsku). Po drodze musiałam kupić parasolkę (która i tak popsuła się zaraz od wiatru…chlip). Oczywiście kierowaliśmy się także na Ponte de Luis, czyli najsławniejszy most w mieście. Niestety nawet do połowy nań nie weszłam – pomimo, ze przez most chodzą setki ludzi oraz jeździ metro, ja gdy tylko zobaczyłam szczeliny w konstrukcji, a pod nimi rzekę – wróciłam. Jakoś nie ufam. 😉

Ponte de Luis i jakaś uliczka.

Porto.

I Porto;) Takie widoki są tam na każdym rogu!

Gubimy się w uliczkach i szukamy czegoś do jedzeeeeeniaaaaaaaaaaaa

I postanawiamy wydostać się, by tak jak wspominałam znaleźć choć otwarty sklep z bułką:D Po drodze mijamy 2-3 restauracje, ale niestety nie na nasz portfel hehe:D

Pyk. Oto objawia nam się piętrowy autobus linii 500. Królewski widok z góry przez przednią szybę. Szok.

I tak sobie brzegiem jedziemy, prosto do Matosinhos.

Widoczki z autobusu (tu nie mogę, ale na insta wrzuciłam filmik KLIK)

I na końcu trafiamy na taką oto klimatyczną knajpkę. Obiad (a w zasadzie kolacja), piwo, dodatki, sangria – kosztują nas w całości 20 euro. I jest baaaardzo lokalnie, obok nas portugalska rodzinka.

Pamiątka, przywiozłam ją do Polski, pomimo, że wiem, ze w Biedronce też są i to z tej samej hurtowni. Ale co z tego XD

Dzień 3

Dzień zaczynamy kupnem bułeczek i… słodkich bułeczek w piekarence pod naszym domem (ej, tam wszędzie jak we Włoszech są te piekarenki, jest mega tanio i pysznie!) i wsiadamy znowu w 500. Jedziemy do Porto oglądąjac ocean i jedząc śniadanko. Wciąż mamy bilet 24 h na 3 zony.

Dojeżdzamy do centrum Porto.

Fajnie fajnie…

Ale wsiadamy w 500 powrotny!;) Ocean wzywa:D

Starówke do ja sobie moge pooglądać w Warszawie haha (no dobra, w Krakowie). O ocean, który kocham z całego serduszka już tutaj trudniej. No i palmy też kocham!

Palmy! Wysiadam. Od tego momentu idziemy brzegiem oceanu usiłując sfotografować drugą stylówkę, w której chodzę od wczoraj po południu:D

Karteczka od kelnera z wczoraj;) I latarnia morska. Ostrzeżenie, by nie wchodzić na molo prowadzące do latarni lekceważy dużo ludzi, a fale są naprawdę goźne!

Zdjecia zdjecia i po zdjeciach – efekty możecie zobaczyć TU. A Łukasza fotki mam takie zawsze, gdy mu pokazuję jakie chcę zdjęcie. Czyli mam takich pełny telefon:D Hehe. Po prawej to miłość, bo spędzaliśmy w Porto 7. rocznicę naszego związku! 🙂

Zegarek i cycki. Kocham moje nowe cycki haha:D

A to już wieczór. Wskakuję w trzecią stylówkę – miałam fotografować błekitny płaszczyk, ale nie udało sie. Ponadto spodnie, które do niego wzięłam, a którymi byłam przezachwycona mocno mnie zawiodły -gdy pochodziłam w nich godzinę na wilgotnej plaży rozciągnęły się znacznie tracąc fason na dole:( Po zrobieniu nie do końca udanej sesji postanowiliśmy pojechać autobusem do centrum handlowego – bo Primark;) Nie mogliśmy nigdzie znaleźć biletomatu więc zmuszeni byliśmy kupić bilet u kierowcy – w jedna strone do końca kursu linii 2 euro/os, czyli sporo. Po zakupach zjedliśmy w centrum handlowym gigantyczne sałatki z sieciówki “Vitaminas” (podobna do Green Way, tylko 2x większe porcje, podejrzałam, co najczęściej było na talerzach w gigantycznym foodcourcie i na to się zdecydowaliśmy)  i wróciliśmy Uberem do domu, bo wyszedł nas taniej niż 2 bilety u kierowcy:D

LOOK (spodnie: H&M, bluzka: Zara, zegarek: Apart/Elixa):

Dzień 4

Żaaaal wyjeżdzać. Pożegnaliśmy się z oceanem a ja od rana łoiłam piwko (ej wiecie że można pić na ulicy alkohol?:D) bo lot mieliśmy późnym popołudniem.

No i soczek pod kolor okularów z Primarku z wczoraj;D Kosztowały 12 zeta haha. Na talerzu cynamonowo-pomarańczowe ciastko. Pyszne.

Portugalia słynie z eklerków. Na lekki obiad ja zjadłam eklerkową kanapkę z pomidorem i mozarellą a Łukasz – dużo … eklerków.

Kocham.Portugalię.

A to już lotnisko. Moje nieodpowiedzialne picie dużo piwek plus tabletki a i tak nie zasnęłam, na szczęście w drodze powrotnej lecieliśmy o 0,5 h mniej a widoki były niezapomniane.

Namówiłam kogoś na wyjazd do Portugalii? Ja chcę wrócić, a nawet i zamieszkać tam 4 eva:D


Inspiration
FB link link link link
Ta witryna używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.